Spotkania 2010-11-02 22:08:12

Muszę Wam powiedzieć, że niefajnie jest pisać drugi raz to samo. Strzeżcie się złośliwości rzeczy martwych! Uh.
Ale teraz chciałam zwrócić uwagę na coś innego, chyba, że ktoś z Was zwrócił na to uwagę już wcześniej. O czym mowa? Mianowicie, może dziwić fakt dostarczenia Jamesowi listu z Hogwartu w dzień jego jedenastych urodzin. No bo gdyby miano przestrzegać zasady, że list dostarczano by dopiero w momencie owych urodzin, to co działoby się z dziećmi, które ten przełomowy w czarodziejskim świecie wiek, kończyłyby w wrześniu bądź grudniu? Wyjścia byłyby dwa. Albo zaczynałyby naukę z rocznym opóźnieniem, albo wpadałyby do szkoły w połowie semestru. Jakoś żadna z tych opcji mnie nie przekonuje i myślę, że Was też nie. Tak więc na własny użytek przyjęłam, że listy informujące o przyjęciu do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart będą wysyłane wszystkim pierwszoroczniakom do 31 lipca każdego roku. Osoba kończąca jedenaście lat przed tą datą otrzyma list w dzień swoich urodzin, pozostałe osoby najpóźniej do ww. daty.

Korzystając z tego, hmm, nazwijmy to "słowa od autora" chciałabym serdecznie podziękować wszystkim komentującym, i obiecuję, że zastosuję się do uwag krytycznych, tak więc nie krępujcie się, na pewno się nie obrażę. No i dzięki Wam ten blog ma w ogóle sens bytu (pomijając oczywisty fakt, z tego, że szlifuję swój warsztat pisarski, ale nie ukrywajmy, że gdyby nikt tego nie czytał, to nie wiem, czy zmobilizowałabym się do kolejnego rozdziału). Ale koniec tych sentymentów, rozważań, czy co to tam to jest.
Wracamy do opowieści, bo przecież tym jest ten blog.
Opowieścią o życiu Jamesa Pottera.

***

Przyjaciół nie pozyskuj lekkomyślnie,
a tych których  pozyskałeś, lekkomyślnie nie porzucaj.
- Solon -

1 września 1971 rok
Minęło kilka miesięcy od kiedy ostatnio widzieliśmy się z panem Potterem. Pamiętacie to? No cóż... jeśli nie zapraszam do przeczytania pierwszej notki  na tym blogu. W każdym razie, dni mijały Jamesowi dość szybko, choć zdarzały się i takie, które tempem przypominały szybkość ślimaka, było ich jednak o wiele mniej. Zwłaszcza, że uwolniony spod nadzoru guwernantki James, postawił sobie za punkt honoru sprawienie, żeby w Dolinie Godryka nikt przypadkiem o nim nie zapomniał. Co prawda skąd wniosek, że Bathilda Bagshot, odznaczająca się wręcz fenomenalną pamięcią, miałaby zapomnieć o Jamesie, jest dla mnie niezrozumiały. Zwłaszcza, że czarownica odwiedzała Potterów przynajmniej raz na tydzień. No ale James widocznie był za równouprawnieniem, bo nie oszczędził nawet biednej kobiety. Na szczęście dla niego, Potterowie o niczym się nie dowiedzieli. A jeśli oni się nie dowiedzieli to Wy też nie. Chyba, że koty Bathildy się poskarżą. Pomiędzy tymi psikusami, meczami quidditcha czy wieczorami spędzanymi w gronie rodzinnym, miała miejsce wyprawa na ulicę Pokątną, i choć nie była to pierwsza wizyta Jamesa w tym miejscu, to jednak ta była dla niego szczególnie ważna. Kupowano mu przecież podręczniki, ingrediencje, kociołek i inne rzeczy potrzebne do Hogwartu. W tym nie tak potrzebną, ale za to na pewno przydatną do wysyłania listów i zamówień na łajnobomby sowę, która została natychmiast ochrzczona imieniem mugolskiego boga wojny- Aresa. Ostatnim sklepem jaki odwiedzili był niepozorny, wąski sklep, który mimo niezbyt zachęcającej fasady i skromnej wystawy przyciągał wzrok Jamesa ilekroć się tu znalazł, choć pierwszeństwo zawsze miał u niego sklep z markowym sprzętem do quidditcha.

***

Kiedy doszli na koniec ulicy, Jamesowi ukazał się malutki, wydawałoby się zaniedbany, w porównaniu z innymi, sklep, na którego wystawę składała się tylko jedna różdżka ułożona na poduszce. Już ten skromny eksponat powiedziałby przechodniowi czym handluje właściciel, jednak nad drzwiami znajdował się również szyld, na którym widniał napis z zblakłych, złotych liter:  OLLIVANDEROWIE: WYTWÓRCY NAJLEPSZYCH RÓŻDŻEK OD 382 R. PRZED NOWĄ ERĄ. Ich wejściu do sklepu z różdżkami towarzyszył cichutki brzęk dzwoneczka. Nie zdążyli się nawet rozejrzeć po pomieszczeniu, które nie wyglądało wcale na takie małe jak z zewnątrz i było od podłogi po sufit zastawione wąskimi pudełeczkami, kiedy zza lady wyłonił się mężczyzna mający lata młodości już dawno za sobą. Siwe włosy opadały mu na kark, a oczami wyglądającymi jak dwa blade księżyce lustrował ich twarze. - Dzień Dobry – na twarzy naznaczonej siecią zmarszczek pojawił się uśmiech - Charlus Potter. Trudno uwierzyć, że to już tyle lat. Pamiętam jak dziś, jak przyszedłeś tu z matką kupić swoją pierwszą różdżkę. Trzynaście cali, dąb, idealna do rzucania zaklęć ofensywnych. A Ty Doreo? - podszedł bliżej kobiety – dziesięć cali, drzewo różane, bardzo poręczna. A kogo tu mamy? To pewnie Wasz syn. Zaraz zobaczymy.
Po tych tajemniczych słowach oddalił się w kierunku półek. Już w trakcie jego monologu, Jamesa zaczęła mierzyć ze wszystkich stron miara krawiecka, a w momencie w którym mierzyła mu obwód głowy, Ollivander zapytał młodego Pottera o to, która ręka ma moc. Po chwili wrócił z kilkoma pudłami. Nie czekali długo na efekty, już przy czwartej czy piątej różdżce James poczuł gwałtowny przypływ ciepła w palcach, a kiedy machnął tym, zdawałoby się, zwykłym patyczkiem, wokół rozsypały się złote iskry...

***


Peron był wręcz skąpany w dymie wydobywającym się z pociągu, James Potter jednak zdawał się tego nie zauważać, stojąc obok rodziców i wspominając swoją ostatnią wizytę na Pokątnej. Za paskiem spodni miał schowaną swoją dopiero co kupioną różdżkę „Jedenaście cali panie Potter, wykonana z mahoniu, z rdzeniem z pióra feniksa. Bardzo poręczna, znakomita do transmutacji. To różdżka dla prawdziwego czarodzieja”. Nawet teraz uśmiechnął się przypominając sobie słowa pana Ollivandera, który bądź co bądź wywarł na nim dość dziwne wrażenie.
Potter miał jeszcze jeden powód do rozmyślań, oczywiście nie licząc tych, które wiązały się z rozpoczęciem przez niego nauki w Hogwarcie. Miesiąc temu ojciec powiedział mu, że poza murami Hogwartu może się zrobić niedługo gorąco. Chodziły słuchy o czarnoksiężniku, niebezpiecznym czarnoksiężniku zbierającym swoich wyznawców i głoszącym wyższość czystej krwi nad „brudną”.
Kompletny kretynizm. Nawet jako jedenastolatek, James miał w tym względzie jasne poglądy. Póki co nie było się czym martwić. Na pewno niedługo złapią tego człowieka i wsadzą do Azkabanu.
- James – głos matki wyrwał go z zamyślenia. Na peronie zebrało się mnóstwo czarodziejskich rodzin- czas się żegnać, pociąg zaraz odjeżdża.
Dorea patrzyła na niego tak jakby nie miał już nigdy wrócić do domu, ojciec natomiast patrzył na niego z dumą. Jego mały chłopiec powoli stawał się mężczyzną. Rzeczony chłopiec uśmiechnął się do nich i po kolei uściskał. Nie wstydził się tego, że kocha rodziców, chociaż całusów w miejscu publicznych nie lubił. Dzisiaj zniósł je tylko dlatego, że nie chciał robić matce przykrości, zwłaszcza, że przecież zobaczą się dopiero na święta Bożego Narodzenia.
Charlus pomógł synowi wtaszczyć kufer do pociągu. Udało się im nawet znaleźć pusty jeszcze przedział, a potem... pociąg ruszył. Wychylony przez okno James machał rodzicom, dopóki nie zniknęli za zakrętem.


***


Krajobraz za oknem nie był czymś w co miał ochotę się teraz przypatrywać, zwłaszcza, że nie wyjechali jeszcze z Londynu. Siedząc na swoim miejscu porzucił myśli o domu, nawet o rodzicach, których przecież kochał i do których na pewno niedługo zatęskni. W chwili w której pociąg pędził, a za oknami migały szare budynki, James myślał o nowej przygodzie jaka go czeka, o przyjaciołach, których miał nadzieję poznać. O Hogwarcie. Wyjął zza paska różdżkę i przyjrzał się jej uważnie, mógł jej już używać, ale mówiąc szczerze nie znał żadnego zaklęcia. Czytanie podręczników w wakacje jakoś do niego nie przemawiało.
Oglądanie nowej różdżki i rozmyślanie nad nowym życiem zostało przerwane przez zgrzyt otwieranych drzwi, w których pojawiła się zapłakana rudowłosa dziewczyna.
- W-w-wolne? - zachlipała cicho, a on zdołał w tej zaczerwienionej od szlochu twarzyczce zobaczyć najładniejsze zielone oczy jakie miał okazję widzieć w swoim krótkim, jedenastoletnim życiu.
- Jasne- uśmiechnął się do niej, próbując jakby dodać jej otuchy. Podejrzewał, że płacze dlatego, że nie chciała się rozstać z rodzicami. Dziewczyny zawsze płakały z takich głupich powodów. No i stąd odezwał się tak a nie inaczej – nie martw się, odwiedzisz ich na Boże Narodzenie.
- N-nie o to chodzi. Przepraszam, ale nie chce o tym rozmawiać – odpowiedziała, a sposób jej wyrażania się brzmiał jakoś tak... dorośle.
Wzruszył ramionami.- Nie ma sprawy. Jestem James – rzucił tylko.
- Lily- odpowiedziała mu ze swojego bezpiecznego miejsca koło okna, w które, gdyby mogła to pewnie by się wtopiła.
Cisza, która nastąpiła po owej krótkiej wymianie zdań, nie trwała długo, ponieważ drzwi przedziału znowu się otworzyły. Tym razem „intruzem” okazał się chłopak, na oko w wieku jedenastu lat, o przydługich ciemnych włosach, którego Potter widział na peronie z potężną, niezbyt przyjemnie wyglądającą kobietą.
- Cześć, słuchajcie szukam miejsca, a widzę, że macie go tu całkiem sporo. Mogę? - zapytał, choć właściwie już stał w przedziale i zamykał za sobą drzwi, tak więc James chcąc czy nie chcąc zaprosił go do środka.
- Syriusz Black.
- James Potter.
Panowie podali sobie ręce, a Syriusz spojrzał pytająco na Lily.
- Już zdążyłeś doprowadzić dziewczynę do płaczu? - zapytał, a w jego oczach można było dostrzec figlarne błyski. James od razu go polubił i chyba właśnie za to. Za ten cholernie dobry humor tryskający, wręcz promieniujący z Blacka. I może za to, że byli do siebie tak podobni. Oczywiście nie we wszystkim, i większość rzeczy wyszło na wierzch później, ale już teraz, niemal od razu załapali wspólny język.
Zaśmiał się cicho.
- Ma na imię Lily. I płacze tak od kiedy przyszła.
No może nie tak, bo szloch ustąpił miejsca cichym łzom spływającym jej po policzkach. Wyglądała tak nieszczęśliwie, że chciało się ją pocieszyć. Ale James miał jedenaście lat, więc nie oczekujmy od niego nie wiadomo jakich rzeczy.
James i Syriusz zagłębili się w rozmowie na temat ulubionych drużyn quidditcha, podczas których James próbował wyjaśnić koledze, że nie ma opcji i to właśnie McNugget jest najlepszym szukającym i to w ogóle nie dopuszczalne, że kapitan wymienił go na tego osła Smitha. Przegrają przez to z Irlandią na kolejnych mistrzostwach, chyba, że ten idiota (matka zwymyślałaby go na pewno za słownictwo) nagle zmądrzeje, w co Potter poważnie wątpił. W międzyczasie do przedziału dołączyła do nich trójka chłopców, a że jeden z nich był mugolakamiem trzeba im było wytłumaczyć reguły gry. A potem zaczęła się sprzeczka na temat wyższości quidditcha nad piłką nożną. Co za idiotyczny sport. Z jedną piłką! Phi.
W trakcie tej, jakże pasjonującej dyskusji do ich przedziału wpadł kolejny chłopak, który bez żadnego „przepraszam” przepchnął się między nimi i usiadł na wolnym miejscu naprzeciwko rudej. I może nie usłyszeliby co mówi, gdyby nie to, że ich rozmowa zaczęła wygasać, a nikt właściwie zdania nie zmienił.
- Dobrze by było, żebyś trafiła do Slytherinu- słowa czarnowłosego chłopaka dotarły do Jamesa, który nie mógł, po prostu, nie mógł ich nie skomentować.
- Do Slytherinu? Ktoś tutaj chce być w Slytherinie? Chyba się gdzieś przesiądę, a Ty? - zapytał rozpartego naprzeciw niego, Syriusza, który wbrew oczekiwaniom Pottera się nie roześmiał.
- Cała moja rodzina była w Slytherinie.
- Jasny gwint! A ja myślałem, że wszystko z Tobą w porządku!
No tak..., trzeba zaznaczyć, że Slytherin cieszył się również wtedy niezbyt dobrą sławą. A konkretniej tym, że wyszło z niego więcej czarnoksiężników niż z pozostałych trzech domów razem wziętych.
Black wyszczerzył zęby.
- Może zerwę z rodzinną tradycją. A Ty gdzie byś chciał być, jakbyś mógł wybierać?
- W Gryffindorze, gdzie kwitnie męstwa cnota! Jak mój ojciec. - z lewej strony usłyszał prychnięcie. To był oczywiście Snape, choć Potter nie wiedział jeszcze jak nazywa się chłopak- Przeszkadza Ci to?
>- Nie- odparł czarnowłosy- Skoro wolisz mieć krzepę niż mózg...
- A Ty gdzie byś chciał trafić skoro brakuje Ci tego i tego?- zapytał Syriusz, na co James ryknął śmiechem, na ten znak zapłakana panna spod okna wstała, wyprostowała ramiona i ruszyła w stronę wyjścia.
- Chodź Severusie, znajdziemy sobie inny przedział.
- Ooooooo. Do zobaczenia, Smarkerusie!*

***

Reszta podróży upłynęła im w względnym spokoju, jeśli spokojem można nazwać krzyki, granie w Eksplodującego Durnia czy tego typu zabawy. Kiedy w oddali mignęła im sylwetka zamku, przebrali się w szaty szkolne i uprzątnęli bałagan, a kiedy pociąg stanął na stacji w Hogsmeade ruszyli ku wyjściu. James i Syriusz stanęli obok siebie, nie bardzo wiedząc gdzie iść (sklaniali się ku pójściu za tłumem, co nie byłoby dobrym pomysłem zważając na tradycję), gdy nad mrowiem uczniów zagórowała postać potężnego mężczyzny.
- Pirszoroczni! Pirszoroczni do mnie!
Chłopcy spojrzeli na siebie i jednocześnie wzruszywszy ramionami poszli za gajowym. Przepłynęli na łódkach jezioro, odsłuchali instrukcji McGonagall, po czym zgodnym wężykiem ruszyli do Wielkiej Sali, gdzie zostali niemal oślepieni mnóstwem świec unoszących się w powietrzu. Z wielu gardeł dało się słyszeć westchnienie podziwu.
Ale teraz nie był czas na ochy i achy, bo przed nimi ustawiono stołek z Tiarą Przydziału.
- Avery.
- SLYTHERIN!
- Black, Syriusz.
- GRYFFINDOR!
- Evans, Lily.
- GRYFFINDOR.
I tak to szło, aż w końcu McGonaggal wyczytała, że do stołka ma podejść „Potter, James”, który to wbrew pozorom nieźle się denerwował, choć był niemal pewien, że musi trafić do Gryffindoru, no musi! Bo jak nie to...
- GRYFFINDOR!
>Udało się, usiadł do stołu witany życzliwymi oklaskami Gryfonów.

***

Nie był to koniec atrakcji tego wieczoru, choć niektórzy mogliby ze mną pewnie polemizować, czy to o czym chce napisać można uznać za coś w rodzaju atrakcji. Ale nie ważna jest teraz leksyka. Znaczy jest ważna, ale... uh. No wiecie o co mi chodzi.
Po obfitej wieczerzy chłopcy zostali poprowadzeni przez prefektów do Pokoju Wspólnego Gryfonów, skąd spiralnymi schodkami doszli do pokoju na samym szczycie wieży, na którym widniała tabliczka „I rok”.
James i Syriusz weszli tam jako pierwsi i zajęli łóżka obok siebie, choć nie można powiedzieć, że je wybrali, bo już wcześniej ktoś dostarczył tu ich kufry. Chwilę później drzwi się otworzyły, i do dormitorium wkroczyły dwie kolejne osoby. Pierwszy z chłopców miał brązowe włosy i był wzrostu Syriusza, drugi niski i pulchny zdawał się jakby zagubiony.
James i Syriusz zerwali się z łózek, i rozpoczęła się ceremonia przywitań.
- James Potter
- Remus Lupin
- Syriusz Black
- Peter Pettigrew.
Tak zaczęła się legenda.
Niepozornie prawda?
Ale o tej czwórce będziecie mogli powiedzieć wszystko, tylko nie to, że była niepozorna.

 

* w części związanej z Snapem użyłam oryginalnych dialogów z książki Harry Potter i Instgnia Śmierci.

Tagi: james potter huncwoci marauders

skomentuj (14)

Początek 2010-10-06 23:37:57

Na początku było Słowo.
Choć jeśli chodzi o Jamesa Pottera lepszym określeniem byłby "krzyk", którym to właśnie trzykilogramowy noworodek postanowił obwieścić światu swoje przybycie.
I mylicie się, jeśli myślicie, że tym narodzinom towarzyszyły jakieś nadprzyrodzone zjawiska jak trzesięnia ziemi, wybuchy wulkanów czy zaćmienie słońca. Tak było tylko w przypadkach narodzin wielkich królów lub wielkich bohaterów, a pan Potter był tylko chłopcem, który co prawda wyrośnie na odważnego młodego mężczyznę, ale gdzie mu tam do Herkulesa i jego 12 prac.
27 marca 1960 roku był dla wielu ludzi zwykłą sobotą, urozmaiceniem mogła być jedynie  wyjątkowo ciepła jak na koniec marca pogoda. Jednak dla Dorei i Charlusa Potterów to nie był zwykły dzień. Ba! Było to nawet jeden z najpiękniejszych dni w ich życiu: urodził im się z dawna oczekiwany syn. Państwo Potter nie byli już pierwszej młodości kiedy Dorea zaszła w ciążę, mówiąc szczerze oboje już dawno stracili nadzieję na potomka, bo tak naprawdę tylko dziecka brakowało im do szczęścia. Oboje pracowali na rządowych posadach- Dorea w Departamencie Prawa Czarodziejów, Charlus jako auror w Ministerstwie Magii. Nie musieli tego robić, ponieważ oboje odziedziczyli sporą ilość galeonów po nieżyjących już rodzicach. No i kochali się, a teraz mogli odrobinę tej miłości przelać na leżące w ramionach matki dziecko.
Mały James przestał się w końcu wydzierać jakby obdzierali go ze skóry. Możliwe, że miało to związek z tym, że właśnie ssał pierś, a nie jest zbyt wygodnie  jeść i krzyczeć naraz. Potterowie patrzyli z czułością na swojego pierworodnego syna. Urodził się dosłownie godzinę wcześniej, ale już było widać, że odziedziczył ciepłe brązowe oczy ojca. Co do włosów można było powiedzieć tylko tyle, że były smoliście czarne. Jak się później okazało kolor włosów miał po matce, natomiast fakt, że niczym nie dało się ich ułożyć należy zawdzięczać genom Charlusa.

***

Boże Narodzenie 1965 roku, Dolina Godryka.

Pomimo wszesnej godziny porannej mały, przytulny domek państwa Potterów tętnił życiem, a wszystko za sprawą najmłodszego przedstawiciela tej rodziny, który postanowił schować się przed rodzicami. Dorea i Charlus byli już przyzwyczajeni do figli syna, nie przejmowali się jego nagłymi zniknięciami (chyba, że trwały dłużej niż godzinę), a czasem nawet bawili się razem z nim udając zaniepokojonych i szukając go po wszystkich domowych kątach. Zdążyli już spojrzeć pod przygotpwany do śniadania stół, pachnącą lasem i pomarańczami choinkę, a nawet do jeszcze ciepłego pieca, ale Jamesa nigdzie nie było.
- James! Śniadanie gotowe, czas na prezenty!
Żaden inny okrzyk nie mógł by wywabić tego urwisa ze swojej kryjówki, którą okazał się zwyczajny schowek na miotły. Podleciał do stołu i stanął wpatrzony w stos prezentów leżących pod choinką. STał tam już pan Potter, pełniący rolę rozdawacza prezentów.
- Kochanie to dla Ciebie - powiedział podając żonie nieduże , podłużne pudełko. Znajdował się tam śliczny naszyjnik z diamentów, z zawieszonym pośrodku, prawie niewidocznym serduszkiem - o. A to dla mnie.
- A ja? A ja? - zawołał w końcu zniecierpliwiony James. Cierpliwość nigdy nie należała do jego mocnych stron, nawet jako niemowlak płakał tak długo aż zrobiono to, czego on chciał. Niczym nie dawało się go spacyfikować. Za to, według rodziców, żaden inny niemowlak nie uśmiechał się tak rozkosznie jak on.
- A byłeś grzeczny?
- Tato!
Ze śmiechem, Char wyciągnął spod choinki największą paczkę i podał Jamesowi, który od razu zajął się rozrywaniem papieru. Kiedy podniósł wzrok na rodziców, jego oczy lśniły z radości.
- To miotła!

***

Lipiec 1970 r.
Mały, chudy chłopiec wpadł jak burza do domu.
- James... co?
Ale jego już nie było. Biegł z miotłą przełożoną przez ramię w stronę łąki położonej za Doliną. Dzisiaj mieli z chłopakami  grać w Quidditcha. A młody Potter uwielbial Quidditcha, choć nie miał jeszcze okazji grać prawdziwymi piłkami. Rodzice bali się, że nieliczni mieszkający tu mugole mogą coś zauważyć. Ale skoro podobało mu się teraz to przecież z kaflami, tłuczkami i zniczem może być tylko lepiej prawda?
Niestety nie dane mu było dzisiaj zagrać. Drogę zagrodził mu Charlus, a trzeba zaznaczyć, że nieczęsto widziało się u niego taką gniewną minę, kiedy patrzył na syna.
- To prawda?
Nie musiał tłumaczyć Jamesowi o co chodzi. Chłopiec spuścił głowę i zajął się przypatrywaniem swoim butom.
- Tato, bo ja nie wiedziałem...
O czym mowa? Otóż szanowny James Potter, dzień wcześniej postanowił opuścić lekcje rachunków, którą przygotowała dla niego prywatna guwernantka pani Matilda Goskird. Wobec braku reakcji na łagodne perswazje ucznia, o tym, że dzień jest zbyt pięny, żeby go marnować, a poza tym, przecież on to wszystko umie, postanowił spłatać pani Goskird psikusa. Na jego nieszczęście nie wiedział, że zamiast niewinnego eliksiru zwalczającego zaparcia podał jej świeżo uwarzony przez matkę, i wlany do pustej fiolki po owym nieszczęsnym leku, eliksirze przeciw bahantkom. Ot, taki domowy sposób zwalczania niechcianych szkodników. Jako, że pani Matilda szkodnikiem nie była, a eliksir zadziałał dość... nieprzewidywanie, matka była bardzo zła na Pottera, jak widać nie dość, by zabronić mu letnich zabaw.
James bał się bardziej reakcji ojca, aurora, który dopiero dzisiaj wrócił z jakiegoś arcyważnego polowania na czarnoksiężnika.
- Do domu!
Potter powlókł się za ojcem...

***

Sobota, 27 marca 1971 r.
Cały dom był pogrążony w ciszy, tylko z jednej, jedynej sypialni dobiegały co jakiś czas ciche odgłosy szurania. To James wstał niemal ze wschodem słońca. Dziś był jego wielki dzień, kończył aż jedenaście lat! I nawet tata był w domu, żeby to świętować. Ostatnio coraz częściej zostawał w pracy w soboty, w całym czarodziejskim świecie coś się działo, krążyły pogłoski, że istnieje czarodziej, który będzie groźniejszy od Grindewalda. Ale nie to teraz zaprzątało Jamesa. Nawet nie bardzo myślał o prezentach urodzinowych. W stronę domu zbliżał się bowiem jakiś kształt, coraz bliżej i bliżej, aż w końcu usiadł na parapecie Dżejmsowego okna. Owym kształtem okazała się zwykła płomykówka, trzymająca w dziobie list do Pottera. Do Jamesa Pottera, a więc do niego! Spodziewał się tego listu, ale i tak był szczęśliwy. Otrzymał najważniejszy prezent.
Otworzył okno, sowa upuściła list u jego stóp i odleciała, nie bacząc na nic.
Podniósł go i lekko trzęsącymi się dłońmi otworzył kopertę, rozwinął pergamini zaczął czytać.

HOGWART
SZKOŁA
MAGII i CZARODZIEJSTWA

__________________________
Dyrektor: Albus Dumbledore
(Order Merlina Pierwszej Klasy, Wielki Czar., Gł. Mag,
Najwyższa Szycha, Międzynarodowa Konfed. Czarodziejów)

Szanowny Panie Potter,

Mamy przyjemność poinformować Pana, że został Pan przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia.
Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy Pańskiej sowy nie później niż 31 lipca.
Z wyrazami szacunku,

Minerwa McGonagall
zastępca dyrektora.

Tagi: james potter huncwoci marauders

skomentuj (8)

Księga Gości
Najlepsze <3

Huncwoci

Marauders RPG
Pamiętnik Lucyfera
Kiedy popełniacie jakiś grzech,
zjadam cukier z Waszych ust

Zapomniana Nieśmiertelność
Heaven Rules